Kiedy już powoli cichną podsumowania i bilanse starego roku, zjawiam się ja, by w tym nowym roku życzyć Wam spełnienia tego, o czym myślicie i czego pragniecie, pod warunkiem, że to marzenia dobre. 

Rozchmurzcie się 🙂

Pogotowie krawieckie


Spojrzałam rano na moją piżamkę. Odpoczywała sobie spokojnie na wieszaczku oświetlona jasnością poranka. W tym świetle ze zgrozą zauważyłam, że jest ona blada, w złym stanie, jej materiał jest już tak cienki, że aż przezroczysty. To nagły wypadek! Czy jest coś takiego, jak pogotowie krawieckie? Piżamka potrzebuje reanimacji! Przeszycia, podszycia, zaszycia… Szwy nie muszą być rozpuszczalne… Czy ona będzie żyć?
Że też nikt jeszcze takiego pogotowia nie wymyślił…

chmoorka

Marzec 26, 2016


Wiosny za oknem i w sercach, nadziei i miłości, niech dopisuje Wam zdrowie (mokrego Dyngusa życzę opcjonalnie, jeśli ktoś lubi, bo ja nie cierpię polewania).  Radosnej Wielkanocy, Kochani!

Sposób na emocje


image

Trzynasty dzień nowego roku rozpoczął się przepięknym wschodem słońca. Nie często mogę podziwiać to zjawisko, ponieważ okna mam na zachód… Jednak dzięki „szklanym domom” oglądanie wschodu jest czasem możliwe i u mnie. Cóż z tego, skoro zaraz nadciągnęły czarne chmury niczym brzuch wieloryba i lunął deszcz (tak po prawdzie to nie wiem, czy wieloryb ma czarny brzuch, bom ja stworzenia tego z bliska, ani też z daleka nie oglądała. I może to lepiej…). I przez cały dzień dzisiaj tak na zmianę słońce z deszczem. W deszczu ludzie się kulą, chowają i uciekają w popłochu. I patrzą na mnie dziwnie, gdy widzą, że ja tego nie robię. Czasem też się kulę i osłaniam, ale nie dziś. Bo nie ma nic skuteczniejszego na ostudzenie rozbuchanych i rozedrganych emocji, jak praca i styczniowy, lodowaty deszcz w równie styczniowym słońcu. (Być może z takiego połączenia zamienię się w tęczę 😉 Byłoby nienajgorzej, a przynajmniej kolorowiej.).
P. S. Na wyżej wymienione emocje jest z pewnością inny sposób, ale jak się nie ma, co się lubi…

Cuda


No dobra, przyznaję, dawno mnie tu nie było. Bardzo dawno. Ale też nie było klimatu do pisania. Kilka pomysłów zdezaktualizowało się. I tak zastał mnie nowy rok, który jeszcze na dobre się nie rozpoczął, a już dzieją się prawie same cuda. Jednym z tych cudów jest śnieg. Dał znać, że jeszcze istnieje… Kraków został bowiem zasypany wprost zawrotną ilością ok. 2-3 mm (słownie: dwa – trzy milimetry). Aż dziwne, że nie zaskoczyło to drogowców, że ruch nie został sparaliżowany… Piszę to trochę sarkastycznie, bo wcale nie brak mi śniegu. Odpowiada mi taka „łysa” zima. Jednak powyższy opis jest mi potrzebny do zobrazowania pewnego kolejnego cudu. Otóż znów poczułam w sobie to słońce, którego może nie widać, ale ja je czuję. Szłam takim przyprószonym śniegiem chodnikiem z psem. Z początku sobie nie uświadomiłam, na czym stawiam szanowne swe podeszwy. Zamyślona nie słyszałam muzyki, która – jakby nie było – atakowała mój słuch dość agresywnie. Choć podświadomie kroki stawiałam zgodnie z jej rytmem. Po chwili odzyskałam świadomość, dotarła do mnie piosenka, której słuchałam. Kurczę – pomyślałam – serio chodzę po śniegu! I obejrzałam się za siebie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem z powodu tego wewnętrznego słońca nie zostaje za mną w śniegu roztopiona ścieżka… 🙂

Kawa z widokiem na góry


– Są większe nieszczęścia niż reakcja manikiurzystki – pocieszył ją Bolek. – Na przykład brak kończyn. Dlatego muszę ostrzec, że jeśli nie zrobi pani sobie odpoczynku od wszelakich płynów do czyszczenia, to marnie widzę przyszłość pani rąk. (Izabela Sowa „Herbatniki z jagodami”)

Na tym fragmencie spoczął mój wzrok po otwarciu przypadkowej strony z przypadkowej książki. Rzeczywiście – przydałby mi się odpoczynek, ale może nie tyle od płynów, co taki odpoczynek w ogóle. Albo chociaż taka chwilka przerwy z kawą, przed domem z widokiem na góry… Bo lubię góry. I poranną kawę przed domem. Kawy jako takiej nie za bardzo lubię. Jest raczej takim „popędzaczem”.

Wiele kobiet marzy o domku z ogródkiem. Takim pięknym, małym, przytulnym, przed którym piętrzyłyby się kaskady kwiatów, pod oknem podręczny zielnik, Trawnik przystrzyżony z angielską precyzją (nie wiem dlaczego angielską, ale zawsze jak myślę o pięknym trawniku, przypomina mi się fragment bajki „Asterix w Brytanii”, gdzie Bryt przy pomocy sierpa finezyjnie i bardzo dokładnie przycina każde wystające ździebełko trawy), krzesełko przed domem, albo ławeczka, w najlepszym razie wygodna huśtawka. Z piaskownicą i miniaturowym placykiem zabaw dla dziecka (dzieci). W marzeniach właśnie tak pięknie to wygląda. Ale, gdy tak głębiej zaczęłam analizować to marzenie, okazuje się, że ja – urodzony blokowy mieszczuch – nie wiem, czy umiałabym tak na stałe żyć w domku. To byłoby dobre latem, na chwilę. Na tych kilka porannych kaw. A co z resztą roku? Pewnie kwestia przyzwyczajenia. Dom trzeba utrzymać, ciągle jest coś do zrobienia, do wymiany, do remontu, do pomalowania, ociosania, wywiezienia, przycięcia, docięcia, zmierzenia itd… W marzeniach tego wszystkiego nie ma. Jest tylko mój piękny, mały domek i poranna kawa z widokiem na góry 🙂

Usiadł sobie łoś na chmurze…


This slideshow requires JavaScript.

Wczorajsze przepiękne niebo, chmury… Znowu szłam z głową w chmurach 😉
Na zdjęciu z czerwonym zakreśleniem widnieje łoś robiący kupę do reszty chmury, lub też po prostu na niej siedzący, choć sposób tego siedzenia wskazuje bardziej na to pierwsze. Przy dalszym wpatrywaniu się można dopatrzyć księżniczki albo królika ze wściekłą miną… Co jeszcze?
🙂